czwartek, 22 stycznia 2026

Ze szczytu wieży



Przeczytałam dziś na stronce facebookowej pewnego blogera wpis o tym, jak Polska sama - przez działania rządu i „ich ludzi” - pozwala się rozkładać od wewnątrz. Autor posta spuentował swój wpis następująco:


Wiecie co Polacy? Polska robi dziś wszystko, by upaść – i nie robi tego przez przypadek, zewnętrzny nacisk czy tragiczny zbieg okoliczności. Nie. To upadek starannie zaplanowany, przemyślany i realizowany własnymi rękami. Zamiast chronić granice – zdejmuje się zasieki. Zamiast ścigać przemytników – mianuje się ich doradcami. Zamiast karać sabotażystów – daje się im komisje śledcze. Zamiast bronić obywateli – robimy wszystko, aby stracili poczucie bezpieczeństwa. W Polsce rządzą dziś ci, którzy z pełną premedytacją rozkładają państwo od środka, opowiadając przy tym bajkę o "praworządności" i "obywatelskim oporze". To nie Moskwa, to nie Bruksela, Berlin, to nawet nie Mińsk wpycha Polskę w przepaść. To polski rząd sam demontuje rusztowanie, które jeszcze trzymało ten kraj w pionie. I wszystko to dzieje się z uśmiechem samozadowolenia, przy medialnych fanfarach i błogosławieństwie tych, którzy myślą, że suwerenność to coś wstydliwego, a bezpieczeństwo to przejaw nietolerancji. Tak właśnie wygląda państwo, które przestaje istnieć nie dlatego, że zostało podbite – ale dlatego, że przestało wierzyć, że warto się bronić.

Lemingopedia

Przeczytałam i pomyślałam: Ale jak to zatrzymać? Co można z tym zrobić? Kto ma przyjść i zacząć sprzątać? Czy mamy wyjść na ulice i obalać rząd? Kto ma przemówić Polakom do rozumu, obudzić, ratować co się da? Mi zależy. Ale to nie mogę być ja. Ja nawet nie mam możliwości wyjść z domu na wielogodzinną manifestację. Nie mam możliwości „oddać komuś dzieci”, nie mam opieki na zawołanie do mojej niepełnosprawnej córci, żeby iść i ratować świat. Nie mogę zająć się akcjami protestacyjnymi, bieganiem po mediach, akcjami społecznymi i edukowaniem skutecznych działaczy czy, broń Boże, polityków. I chociaż jedną z postaw życiowych, które mnie naprawdę irytują, jest „weźmy się i zróbcie” - tak teraz wiem, że ja naprawdę nic nie mogę na to poradzić. Nie zwykłam zwalać roboty na innych, tylko jak trzeba robić, to robię, nie jest mi obojętny los mojego miasta, mojego kraju - ale mam głęboką świadomość, że w kierunku spowodowania konkretnych zmian nie mogę zrobić nic.

Siedzę jak królewna uwięziona w wieży na 7 piętrze warszawskiego bloku i nie więzi mnie smok, tylko wszystkie zadania do wykonania. Walczę ze swoimi ograniczeniami, żeby podołać codzienności. I oprócz typowych zadań jak pranie, naczynia, obiad, sterty rzeczy wszędzie, po prostu życie do ogarniania - mam zadanie zajmowania się moją chorą, niepełnosprawną córcią. Niesie to ze sobą bardzo konkretne obciążenie fizyczne, czasowe, ale też psychiczne i emocjonalne. W tym momencie jestem w dołku i każdy nowy dzień jawi się trudniejszym od poprzedniego, który jakimś cudem w końcu minął. Można oczywiście powiedzieć: nikt cię na siłę nie trzyma, zejdź z wieży, wyjdź do ludzi. Mogę wyjść z domu i spotkać innych ludzi. Mogę podzielić z nimi oburzenie, że jest jak jest w naszym mieście i kraju. Mogę nawet usłyszeć, że ktoś działa jak może i z całych sił mu pogratulować. Mogę wymienić kilka słów o pogodzie i wspomnieć, że dzieci ciągle chorują. I mogę wrócić do domu. Bo na tym się to kończy. Coraz mocniej odczuwam, że żyję w świecie, który z tym "normalnym" ma coraz mniej wspólnego. Ma kilka punktów stycznych. A potem nasze drogi się rozchodzą i moja wiedzie tam, gdzie mało kto chciałby trafić.

Mam przy tym kupę szczęścia i codziennie sobie to powtarzam. Mam kochającego męża i córeczki, które są moim światem. Mam dom, w którym dach nie przecieka, kaloryfery grzeją, w kranie jest woda i ciepła, i zimna, lodówka i kuchenka działają, jedzenia i ubrań nam nie brakuje, a z chorób zawsze się jakoś wygrzebujemy. Żyję z dnia na dzień, gasząc pożary, zapewniając potrzeby bliskich. Staram się pamiętać o wizytach lekarskich i uroczystościach przedszkolnych. Nie wspominając o tym, że nie mam możliwości organizacyjnych na wyjście z domu na dłużej, to nie mam też sił na angażowanie się, gardłowanie, dyskusje.

Mogę próbować tłumaczyć, dlaczego moje życie jest inne. Na czym to polega, z czym się mierzymy z mężem, co my mamy na co dzień, a typowy człowiek może się z tym nigdy nie zetknąć. Ale to tak naprawdę nikogo nie interesuje. Ktoś może przystanie, poklepie po ramieniu, powie „jak wspaniale dajecie sobie radę, jak bym tak nie umiał” i pójdzie dalej. Drugi powie: „jesteście bohaterami!” i pójdzie dalej. Trzeci nie powie nic, nawet się nie zatrzyma, będzie szedł dalej.


A ja mogę siedzieć w mojej wieży i patrzeć, jak wszystko wokół, co dla mnie ważne, upada i rozpada się.

To, co jakoś wychodzi, na pewno nie jest kierowane i zrobione przeze mnie. W tej chwili próbuję na siłę przypominać sobie, że gdzieś jest nadzieja. Ale nie wiem gdzie. Mój tata w ostatnim czasie ma taką ulubioną piosenkę Wojciecha Młynarskiego "Kołysanka dla Bzowskiego". A w niej są słowa:

Pan nie wie, patrząc zmierzchem w lustro
I myśląc: „Jak mi gęba zbrzydła”
Że jedną nocą czarną, pustą
Mogą wyrosnąć panu skrzydła

I wiatr wesoły panu świśnie,
Że trzeba ufać, trzeba żyć!
Niech się te skrzydła panu przyśnią
Dobranoc panu, spać pan idź

Te słowa budzą we mnie smutek. Za każdym razem. Bo mi się te skrzydła mogą tylko przyśnić.

Teraz czuję i widzę tylko to, że moje życie jest pozbawione skrzydeł.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ze szczytu wieży

Przeczytałam dziś na stronce facebookowej pewnego blogera wpis o tym, jak Polska sama - przez działania rządu i „ich ludzi” - pozwala się...